Dziś 10 kwietnia, imieniny Małgorzaty, Makarego i Michała, a w Polsce Dzień Służby Zdrowia. To również dzień premiery nowego komputera Apple – 12 calowego Macbooka, który miał trafić do sklepów. W związku z tym, jak przystało na prawdziwego fanboja … yy to znaczy dziennikarza technologicznego, udałem się rano do sklepu Apple Store w celu obejrzenia i „pomacania” nowego sprzętu. Oto moje wrażania.

Nowy Macbook to moim zdaniem przełomowe urządzenie, pokazujące kierunek rozwój laptopów na najbliższe lata. Jest to coś nowego, czego jeszcze nie było. W związku z tym spodziewałem się zainteresowania nowym modelem i większego niż zwykle tłoku w sklepie. Co prawda największy magnes, Apple Watch nie miał dziś swojej premiery w Hiszpanii, gdzie mieszkam, ale i tak spodziewałem się sporego ruchu. Właśnie dlatego udałem się do sklepu znajdującego się w centrum handlowym na przedmieściach, zamiast do bardziej znanego Apple Store w centrum, gdzie przewijają się miliony turystów.

Wchodzę zatem zadowolony z siebie do centrum handlowego la Maquinista, pół godziny po jego otwarciu. Mało ludzi, jest dobrze. Zbliżam się do sklepu Apple i z jeszcze większym zadowoleniem odnotowuję, że jest prawie pusty. Już z daleka w oczy rzucają się bannery z Apple Watch. Mnie jednak zegarek nie interesuje. Mam swój analogowy, z którego jestem bardzo zadowolony. Ja chcę Macbooka. Mam przeczucie, że to idealna maszyna do moich potrzeb. Mała, zwinna, tylko czy wystarczająco szybka? Chcę to właśnie sprawdzić.

Wchodzę do sklepu, miła pani z nadgryzionym jabłkiem na piersi wita mnie uśmiechem, a ja rozglądam się w poszukiwaniu stolika z nowymi MacBookami. Rozglądam się, rozglądam i nic nie widzę. Co prawda w przyszłym tygodniu planuję wymienić okulary na nowe, ale to nie to. Macbooki są małe i cienkie, ale nie aż tak, żeby ich nie było widać. Nowych komputerów, w dzień premiery, po prostu jeszcze nie ma w sklepie i… nie wiadomo kiedy się pojawią.

Czyli nie mogę obejrzeć nowej zabawki…  No, ale może mój sklep jest jakiś opóźniony – to w Hiszpanii się zdarza bardzo często. Po przejrzeniu Internetu okazuje się, że komputerów nie ma też na Passeig de Gracia, ani w żadnym innym sklepie w Hiszpanii. Twitter twierdzi, że w niemieckich sklepach też brak Macbooków. Zatem wygląda to nie na hiszpańską manianę, a na celowe działanie. Albo Apple zlekceważyło całą Europę, albo kontenerowiec z Macbookami zatonął po drodze do portu w Rotterdamie.

Mamy zatem premierę produktu, którego tak naprawdę nie ma. Nie można go kupić od ręki, ani nawet obejrzeć. Można go oczywiście zamówić online. Przesyłkę dostaniemy za jedyne 4 do 6 tygodni!!!! Jakoś mi się nie chce wierzyć, że pierwsze egzemplarze rozeszły się jak świeże bułeczki. Mamy zatem niewidzialny produkt, który jest tak rewolucyjny, że go nie ma. Rozumiem różne zabiegi marketingowe, w stylu ograniczania dostępności na początku cyklu sprzedaży, sprawianie wrażenia ekskluzywności i wyjątkowości. Robi tak wiele firm. Nie rozumiem natomiast sensu prezentowania sprzętu, którego nie można nawet obejrzeć.

Daleki jestem od krzyczenia: Apple się kończy, Steve Jobs, by do tego nigdy nie dopuścił. Niemniej czuję pewien niesmak i wydaje mi się, że ktoś tutaj „dał ciała”. Czyżby premiera Macbooka wraz z Apple Watch przerosła logistycznie Apple? Jeśli tak, to dlaczego zdecydowano się je połączyć? To bardzo niekorzystne z punktu widzenia PR, bo dwa produkty konkurują ze sobą o miejsce na łamach mediów. Dodatkowo okazuje się, że jednego produktu w dniu premiery po prostu nie ma. To nie przystoi żadnej firmie. Zakrawa na lekceważenie klienta, który przeczytał w mediach, że 10 kwietnia będzie mógł kupić nowego, rewolucyjnego, złotego laptopa, a tutaj lipa.

Ciekawe, że w USA sytuacja wygląda podobnie, z tą różnicą, że tam trafiają się sklepy, w których Macbooki można obejrzeć. Jeśli chodzi o dostępność online, to było lepiej niż w Europie, ale jako pierwszy rozszedł się model złoty. Po nim inne kolory także zaczęły pokazywać czas dostawy wynoszący 4-6 tygodni. Przy takim zaopatrzeniu aż boję się myśleć, kiedy Macbooki pojawią się w polskich sklepach.

Nie zamierzam kupować kota w worku i zamawiać Macbooka bez sprawdzenia, czy spełnia on moje potrzeby. Poczekam zatem, aż będę mógł osobiście go dotknąć i sprawdzić. Mogłem się dzisiaj wyspać zamiast zasuwać jak idiota do Apple Store, no ale chciałem pomacać i spisać swoje pierwsze wrażenia. Moja strata, ale przynajmniej w supermarkecie nie było kolejki, więc zakupy zrobiłem. W ramach niezadowolenia i protestu zamiast jabłek kupiłem gruszki.

About the Author

Podobne artykuły

Smartfony mają dość duży apetyt na prąd. Często uświadamiamy to sobie w najmniej odpowiednim...

Zalewa nas prawdziwa powódź danych. Wedle szacunków przeciętna rodzina zgromadziła już ponad 4,5TB...

Western Digital pokazał właśnie nowe przenośne dyski z rodziny My Passport. Odświeżona seria My...